Grzegorz Skrzypczak – prezes zarządu, ElektroEko Organizacja Odzysku Sprzętu Elektrycznego i Elektronicznego SA
Branża AGD i RTV od miesięcy domaga się wycofania propozycji opłaty 2 euro za kilogram niezebranego ZSEE. Komisja Europejska nie odpowiada. Ta cisza jest groźniejsza niż sama opłata. Wspólny list do komisarza Piotra Serafina podpisały WEEE Forum, APPLiA, DigitalEurope, Orgalim i kolejne organizacje branżowe.
Argumenty były konkretne: brak wiarygodnych danych o masie generowanego ZSEE, brak oceny skutków regulacyjnych, brak gwarancji, że pieniądze wrócą do systemu zbierania. To nie był protest – to była merytoryczna analiza, poparta danymi Eurostatu, audytami CWIT i własną praktyką operacyjną organizacji działających w dwudziestu kilku krajach UE. Bruksela przyjęła list. I nic.
W tym wypadku – decyzja o kontynuowaniu prac nad opłatą, która stoi na słabych fundamentach. Cała konstrukcja opiera się na założeniu, że wiemy, ile elektroodpadów powstaje rocznie w każdym państwie członkowskim. Nie wiemy. Jak przyznają same służby DG Environment, obecny wskaźnik zbierania – liczony jako procent masy sprzętu wprowadzonego na rynek w ciągu trzech poprzednich lat – to arbitralna konstrukcja prawna, która nie odzwierciedla rzeczywistej ilości odpadów w danym roku. Dane Eurostatu w wielu krajach nie są audytowane, a metodologie różnią się na tyle, że porównywanie wyników między państwami jest bezcelowe.
Równanie „niezebrany ZSEE = masa wygenerowana minus masa zebrana” wygląda prosto. Problem w tym, że pierwsza wartość jest oderwanym od rzeczywistości szacunkiem, nie pomiarem.
Problem leży w architekturze samego systemu. Przez dwie dekady rozszerzona odpowiedzialność producenta (ROP) działała według prostej zasady: kto wprowadza sprzęt na rynek, ten finansuje jego zbieranie i przetwarzanie po zakończeniu użytkowania. Słuszna zasada. Tyle że w praktyce przekształciła się w paradoks. Wprowadzający finansują cały mechanizm, ale nie mają realnego wpływu na jego efektywność. Nie kontrolują infrastruktury zbierania. Nie nadzorują procesów przetwarzania. Nie decydują o tym, jak wydawane są ich pieniądze. A mimo to ponoszą pełną odpowiedzialność prawną i finansową za nieosiągnięcie celów, które zależą od dziesiątków czynników poza ich kontrolą – włącznie z zachowaniami konsumentów, którzy trzymają stare urządzenia w szufladach. Ile odpowiedzialności, tyle praw – ta zasada powinna być fundamentem. Dziś jest postulatem.
…jeszcze go pogłębi. Producenci zapłacą więcej, nie zyskując żadnej sprawczości. A pieniądze? Zapowiedzi nie wykluczają, że wpływy z nowej daniny trafią do ogólnego budżetu UE, nie do systemu zbierania. Jeśli tak się stanie, opłata przestanie być narzędziem polityki środowiskowej. Stanie się podatkiem – wyciągającym środki z mechanizmu, który i tak jest niedofinansowany. Mniej pieniędzy na zbieranie oznacza mniejsze masy zebrane. Mniejsze masy oznaczają wyższe „kary”.
Wyższe kary oznaczają wzrost kosztów. Koło się zamyka – i to nie jest koło zamachowe rozwoju gospodarczego Europy. To szansa dla producentów z innych kontynentów.
W tym samym czasie podmioty odgrywające w łańcuchu usługową rolę – zakłady przetwarzania i recyklingu – coraz częściej prezentują się jako centralny element całej architektury. Żeby była jasność: ich rola jest istotna, ale to nie oni są sercem systemu ROP. Są usługodawcami i beneficjentami – ich rozwój, technologie i dywidendy są finansowane przez wprowadzających.
Producenci stają się też rosnącym odbiorcą recyklatów. W rezultacie płacą podwójnie: jako zleceniodawcy usługi przetwarzania i jako nabywcy surowców wtórnych. ElektroEko, jako jedyny polski członek WEEE Forum i organizacja działająca w interesie wprowadzających, od lat zwraca uwagę na tę asymetrię i postuluje wprowadzenie mechanizmów kontrolnych dla wprowadzających. Ale widać coraz większą i przybierającą ostatnio na sile rozbieżność w argumentowaniu różnych organizacji odzysku. Część z nich widzi zakłady przetwarzania jako centralny i nadrzędny element systemu rozszerzonej odpowiedzialności producenta.
Nie jest dla nikogo zaskoczeniem, że mówią o tym najgłośniej te organizacje odzysku, które są kontrolowane przez przetwarzających, mające priorytety odmienne od potrzeb swoich klientów – wprowadzających. Dlatego trzeba jeszcze raz wyraźnie podkreślić, że to wprowadzający są najważniejszym elementem systemu.
Po pierwsze: wycofać propozycję opłaty do czasu przeprowadzenia rzetelnej oceny skutków – takiej, która wykaże, o ile ta danina faktycznie poprawi zbieralność, a ile zniszczy. Po drugie: skoncentrować wysiłek na rewizji dyrektywy WEEE w ramach Circular Economy Act, planowanej na koniec 2026 r. – to realna szansa na przebudowanie reguł gry, w tym na wprowadzenie odpowiedzialności wszystkich aktorów łańcucha. Po trzecie: uporządkować dane. Bez wiarygodnego, zunifikowanego mechanizmu pomiarowego każda opłata oparta na „brakujących masach” będzie stała na słabych podstawach. I będzie mogła być skutecznie podważona w sądzie. WEEE Forum, a co za tym idzie ElektroEko, otwarcie o tym mówią w dialogu z unijnymi decydentami i legislatorami.
Bruksela może nie odpowiadać na listy. Ale nie może nie odpowiadać na pytanie, czy chce dalej budować system gospodarowania elektroodpadami – czy tylko wysyłać rachunki. Bo jeśli europejscy producenci mają dalej finansować tę architekturę, muszą mieć realny wpływ na jej kształt. Bez tego rozszerzona odpowiedzialność producenta stanie się niczym więcej niż rozszerzonym rachunkiem. Bez pokwitowania.
© 2026 InfoMarket