W cywilizowanym świecie zasada jest prosta: kto płaci, ten wymaga. Płacę za usługę – więc mam prawo oczekiwać jakości, przejrzystości i rozliczalności. Płacę za bezpieczeństwo – więc mam prawo do kontroli, czy ono naprawdę powstaje, a nie tylko dobrze wygląda w prezentacji.
Grzegorz Skrzypczak – prezes zarządu, ElektroEko Organizacja Odzysku Sprzętu Elektrycznego i Elektronicznego SA
W branży ZSEE ta logika potrafi się nagle urwać. Zostaje jej cień: kto płaci, ten płaci. Bez realnego wpływu na to, co dzieje się po drodze. Bez narzędzi, które pozwalają oddzielić koszty uzasadnione od kosztów „wygenerowanych”. Bez danych, które dają jedną, wspólną wersję prawdy. I – co najgorsze – bez poczucia, że odpowiedzialność i sprawczość idą w parze.
Od dwudziestu lat – a tyle działa ElektroEko – branża regularnie wraca do pytania: „kto jest najważniejszy w systemie?”. Odpowiedzi bywają coraz bardziej kreatywne. Ceniąc Państwa czas i cierpliwość, nie będę ich cytował. Powiem tylko tyle: jeżeli argument wymaga ekwilibrystyki, to zwykle dlatego, że nie pasuje do faktów.
Fakty są proste. ROP to nie jest konkurs popularności. To konstrukcja odpowiedzialności. Rozszerzona odpowiedzialność producenta mówi jasno: odpowiedzialność dotyczy producenta (wprowadzającego). To on finansuje realizację obowiązków. To jego ryzyko rośnie, gdy system jest nieprzejrzysty. I to on zapłaci – w kosztach, reputacji albo w przyszłych sankcjach – jeżeli czegoś „nie dowiezie”.
Skoro tak, to pytanie „kto jest najważniejszy?” brzmi jak pytanie „kto ma prawo do kontroli nad wydatkowaniem swoich pieniędzy?”. Odpowiedź znów jest oczywista.
Ustawodawca nie bez powodu zapisał, że organizacje odzysku mają być narzędziem wprowadzających – tworzonym i kontrolowanym przez nich (lub ich organizacje). To ma chronić producentów przed dwoma rzeczami: nadmiernymi kosztami i brakiem transparentności.
Bo łatwo sobie wyobrazić, jak wygląda „audyt”, gdy audytujący i audytowany są w tej samej rodzinie kapitałowej. Niby wszystko się zgadza. Tylko czasem wychodzi, że 2 + 2 = 5. Formalnie – bez zarzutu. Merytorycznie – konflikt interesów i ograniczanie konkurencyjności. A rachunek i tak trafia do wprowadzających.
ElektroEko działa na rynku od 20 lat. Jest największą organizacją odzysku w Polsce i – co kluczowe – organizacją założoną przez producentów i importerów, bez powiązań kapitałowych z zakładami przetwarzania. To nie jest detal ustrojowy. To jest fundament tego, czy w ogóle da się mówić o kontroli kosztów i jakości.
Przez dwie dekady przez system ElektroEko przeszło ok. 2 mln ton zużytego sprzętu. Organizacja przeznaczyła na system ok. 830 mln zł, które w dużej mierze służyły rozbudowie i modernizacji zakładów przetwarzania. Ale tak działa ten biznes. Jednak dzięki dogłębnej znajomości procesów i narzędziom służącym ich optymalizacji ElektroEko zaoszczędziła klientom ponad 200 mln zł. Wbrew sugestiom niektórych, z nielicznymi wyjątkami, wszystkie duże zakłady przetwarzania w Polsce rozwinęły się dzięki finansowaniu ElektroEko, a więc dzięki środkom od wprowadzających sprzęt elektryczny i elektroniczny.
Do tego dochodzi edukacja: ok. 58 mln zł wydanych na kampanie i programy bez wsparcia publicznego oraz skok świadomości społecznej z ok. 1% do 75%. To oczywiście wspólny sukces działań wszystkich organizacji odzysku. My natomiast regularnie mierzymy skuteczność działań.
To są liczby, które pokazują możliwość realnego nadzoru przez wprowadzających, których reprezentantem powinna być organizacja odzysku. Analiza dokumentów. Kontrola umów. Audyty wykonawców. Sprawdzanie stawek. Porównywanie jakości. Bez tego „system” łatwo zamienia się w rynek narracji, a nie w rynek usług środowiskowych.
Dziś najważniejsze jest przesunięcie akcentu tam, gdzie powinien być od początku: ten, kto finansuje system, musi mieć zagwarantowane narzędzia nadzoru.
To nie jest postulat „władzy” wprowadzających. To postulat zdrowego rozsądku:
Inaczej ROP staje się paradoksem: rozszerzamy odpowiedzialność, zostawiamy ograniczoną sprawczość. I potem udajemy zdziwionych, że koszty rosną szybciej, niż spada zaufanie.
Drugi punkt jest równie ważny: elektroodpady przestały być wyłącznie „problemem odpadowym”. To źródło surowców krytycznych i element bezpieczeństwa surowcowego. Europa wciąż zbyt wiele traci, bo zbyt wiele wymyka się z legalnego obiegu. Jeśli potraktujemy ZSEE jak zasób, to nie możemy zadowalać się wynikiem: „zebraliśmy X ton”. Pytanie brzmi: co z tej tony realnie wróciło do gospodarki jako surowiec – i w jakiej jakości. A skoro producenci mają być coraz częściej odbiorcami recyklatów, to system musi zacząć dowozić dobrej jakości surowiec.
W tym miejscu dochodzimy do tego, co w 2026 r. będzie kluczowe: zmiana metryk. Dotychczasowy fetysz POM (masa wprowadzona) coraz słabiej opisuje rzeczywistość i coraz gorzej nadaje się do sterowania systemem. Potrzebujemy miar bliższych realnemu strumieniowi odpadów oraz efektom odzysku surowców – bo inaczej gonimy wskaźnik, a nie prawdziwe wyzwanie.
Mówiąc brutalnie: można mleć elektroodpady i mieć ładne tabelki. Tyle że przemysł nie potrzebuje tabelek. Przemysł potrzebuje materiału.
W cywilizowanym świecie „kto płaci, ten wymaga” nie jest sloganem. To mechanizm, który utrzymuje jakość i uczciwość usług. W ZSEE zbyt często działa odwrotność: kto płaci, ten płaci – i jeszcze ma się cieszyć, że „formalnie wszystko się zgadza”.
Tak nie powinno być. Jeśli chcemy, żeby elektroodpady stały się realnym zasobem dla gospodarki, a nie jedynie kosztem do rozliczenia, musimy przywrócić podstawową proporcję, a odpowiedzialność musi iść w parze z prawem do kontroli. Płatnik ma wymagać. I ma mieć narzędzia, żeby wyegzekwować przejrzystość i jakość.
Bo inaczej nadal będziemy finansować system, który świetnie radzi sobie z jednym: z pobieraniem opłat. A to jest za mało, żeby mówić o dojrzałości.
© 2026 InfoMarket