Bartosz Kubicki – prezes zarządu Elektrorecykling SA
Mija ćwierć wieku od momentu, w którym założyłem Elektrorecykling SA. Przez cały ten czas mogłem obserwować, jak kształtuje się polski sektor przetwarzania zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego. Bacznie przyglądałem się też temu, jak stopniowo komplikują się regulacje, jak zmieniają się wymagania oraz jak bardzo rzeczywistość rynkowa potrafi rozjechać się z rzeczywistością legislacyjną. Dwadzieścia pięć lat w recyklingu uczy pokory. W Polsce uczy jej w nadmiarze.
Choć branża ZSEE powinna być dziś stabilnym filarem gospodarki o obiegu zamkniętym, nadal funkcjonuje w warunkach, które wymagają od przedsiębiorcy nie tylko wiedzy i kapitału. Wymagają także odporności na absurdalnie długie procedury administracyjne, zmieniające się przepisy, których interpretacja potrafi zależeć od tego, do którego urzędu akurat trafi dokument, oraz dynamicznie zmieniający się rynek, w którym recyklerzy tworzą część łańcucha surowcowego.
Unia Europejska regularnie podnosi wymagania dotyczące poziomów recyklingu. Jest to kierunek słuszny. Masa wprowadzanych na rynek urządzeń faktycznie rośnie. Według danych Europejskiej Agencji Środowiska zwiększyła się od 2010 do 2022 r. o około 30% [1]. Problem polega jednak na tym, że do zakładów trafia dziś sprzęt, który z biegiem lat coraz bardziej zmienia swoją morfologię surowcową.
W praktyce przetwarzamy produktowe hybrydy, które urządzeniami elektrycznymi lub elektronicznymi są bardziej przez przypadek niż przez zamysł konstruktorów: świecące buty dziecięce, znicze LED z zaskakującą żywotnością baterii, temperówki na baterie, których sensowność użytkowa nadal pozostaje dla mnie zagadką. Jest i będzie ich coraz więcej. O ile w ogóle użytkownicy będą świadomi, że mają do czynienia ze sprzętem elektrycznym i elektronicznym. Normy recyklingowe zakładają jednak, że przetwarzamy urządzenia kompletne i logiczne konstrukcyjnie. Tymczasem coraz częściej otrzymujemy sprzęt przypadkowy.
Producenci elektroniki od lat systematycznie zmniejszają masę swoich wyrobów. Oficjalnie robią to z troski o środowisko. W praktyce oznacza to mniej metali żelaznych i więcej tworzyw sztucznych. Według EEA udział metali w urządzeniach spadł w ostatnich dwóch dekadach o od 15% do 20% [1]. Udział tworzyw sztucznych wzrósł w tym samym czasie o około 25% [1]. OECD podaje, że zawartość miedzi w małym AGD spada o od 10% do 12% na dekadę [2].
Wszystko to sprawia, że dla producentów to racjonalna optymalizacja kosztów, zaś dla recyklera coraz mniejszy zysk oraz rosnące koszty gospodarowania odpadami.
Raport Global E-waste Monitor 2024 potwierdza, że wartość surowcowa tony współczesnego ZSEE jest o około 20% niższa niż dekadę temu [3]. Co więcej, nawet to, co uda się odzyskać, obarczone jest ogromną niepewnością. Dochód z metali nie zależy przecież od technologii, kompetencji czy jakości pracy zakładu, lecz od aktualnych notowań na światowych giełdach. Jednego miesiąca miedź i aluminium pozwalają pokryć część kosztów operacyjnych. Kolejnego ich wartość spada tak gwałtownie, że odzysk staje się działaniem bardziej środowiskowym niż ekonomicznym. Trudno budować stabilny biznes na rynku, na którym opłacalność recyklingu potrafi zmieniać się szybciej niż kolejne interpretacje tego, czym jest „ekoprojektowanie”, a brak stabilnego systemowego finansowania sprawia, że jest on szczególnie narażony na rynkowe fluktuacje.
Nie sposób pominąć jeszcze jednego zjawiska, które w ostatnich latach rozkwita szybciej niż rynek elektroniki. Mam na myśli greenwashing, czyli sztukę mówienia o ekologii bez konieczności robienia czegokolwiek w tym kierunku. Na konferencjach słyszymy o ekoprojektowaniu i łatwości recyklingu, w raportach pojawiają się modne hasła o neutralności klimatycznej, a na opakowaniach coraz częściej widnieje zielony listek. Niestety, w zdecydowanej większości przypadków ten listek pozostaje jedyną realną zmianą. Konstrukcja produktów się nie upraszcza. Liczba tworzyw w jednym urządzeniu nie maleje. Modułowość jest wyjątkiem, nie standardem. Otrzymujemy więc sprzęt, który w reklamie wygląda jak przyjaciel planety, ale producenci chyba zapomnieli użyć w nim materiałów z recyklingu. Marketing ekologiczny rozwija się szybciej niż jakakolwiek technologia środowiskowa. I to chyba najtrafniejsza definicja zielonej transformacji, jaką obserwuję z perspektywy zakładu przetwarzania. Pojawia się więc pytanie – po co to robimy? Dla samej idei? A może pora, aby recyklerzy powiedzieli „dość” i zastrajkowali przeciwko temu stanowi rzeczy?
Model organizacyjny recyklingu w Polsce miał być przejrzysty. Producent finansuje. Organizacja odzysku nadzoruje. Recykler przetwarza. W praktyce obciążenia finansowe stopniowo przesuwały się na zakłady. System działa. Ale zbyt często działa pomimo siebie.
Rozszerzona odpowiedzialność producenta miała być fundamentem stabilnego finansowania. W krajach Europy Zachodniej producenci pokrywają 60% – 80% kosztów recyklingu [6]. W Polsce ta luka nadal jest wyraźna i niepokojąco trwała.
Według danych GIOŚ liczba instalacji przetwarzania ZSEE w ostatniej dekadzie spadła o kilkanaście procent [4]. Nowych zakładów niemal nie przybywa. Bariery wejścia są tak wysokie, że wielu inwestorów rezygnuje jeszcze przed rozpoczęciem prac projektowych.
To paradoks rynku, w którym ilość elektroodpadów rośnie, a liczba podmiotów zdolnych je przetwarzać maleje.
Uzyskanie decyzji administracyjnych trwa często trzy, cztery, a nawet pięć lat. W tym czasie technologia się starzeje. Inwestycje tracą sens, a tempo procedur nijak nie przystaje do potrzeb rynku, który powinien działać szybko, nowocześnie i zgodnie z najlepszymi praktykami środowiskowymi.
Nie można też pominąć rosnącej presji kosztowej: ceny energii, wynagrodzeń, transportu, zabezpieczeń PPOŻ. Wszystko to rośnie szybciej niż stawki oferowane recyklerom. Jednocześnie część sprzętów generuje koszty wyższe niż ich wartość surowcowa. Zalane lodówki, telewizory bez płyt głównych, zabawki pozbawione ogniw, sprzęt rozmontowany wcześniej w warunkach garażowych. A recykler nie może odmówić ich przyjęcia. To codzienność, której nie da się pokazać na plakacie z uśmiechniętą baterią.
Po blisko ćwierćwieczu w branży widzę jedno. Recykling sprzętu elektrycznego i elektronicznego w Polsce przypomina wymagającą układankę. Wszystkie elementy są na stole: technologia, doświadczenie, ludzie. Potrzeba rynku. Brakuje tylko instrukcji, która tłumaczy, jak te elementy połączyć, aby zaczęły działać razem, a nie obok siebie. Nadal czekamy na system, który będzie przewidywalny, stabilny i logiczny. System, w którym decyzje administracyjne nie zastępują czasu geologicznego, a regulacje nie zmieniają się szybciej niż cykl „życia” przeciętnego smartfona.
Mimo to pozostaję optymistą. W tej branży nie da się pracować inaczej. Każdego dnia widzę ludzi, którzy naprawdę wiedzą, co robią, i technologie, które naprawdę mogą coś zmienić. Problem polega tylko na tym, że tempo tej zmiany jest często zbyt małe. Gdy patrzę na to z perspektywy lat, mam wrażenie, że szybciej odzyskamy metale ziem rzadkich z kolejnej generacji temperówek na baterie, niż doczekamy systemu prawnego, który będzie wspierał, a nie blokował rozwój recyklingu.
Ale wierzę, że w pewnym momencie wszystkie te rozproszone elementy zaczną wreszcie pasować do siebie. Może nieidealnie. Może nieszybko. Ale wystarczająco dobrze, aby kolejna dekada była dla branży mniej walką o przetrwanie, a bardziej historią budowania stabilnego i odpowiedzialnego segmentu gospodarki. To ambicja, która powinna łączyć nas wszystkich. Bo jeśli nie teraz, to kiedy?
Przypisy i bibliografia:
© 2026 InfoMarket