Rankingi i nagrody

Rankingi i nagrody

„Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” – tak mówi Biblia. I rzeczywiście, wiara czyni cuda. Jeśli jednak Państwo wierzycie w rankingi, nagrody i różnej maści laury i splendory „produkowane” nad Wisłą to od nieba się jednak oddalacie. I to biegunowo. Poza nielicznymi, profesjonalnie przygotowanymi i rzetelnie wykonanymi inicjatywami, cała reszta to nic nie warta sieczka bzdetów rodzących się dla kasy i ku chwale materialnej jej radosnych twórców. O nic więcej tu nie chodzi. Skala, „rozmach” i zakres przyznawania w Polsce tego rodzaju dupersznytów jest zatrważająca. Niebywały jest też fakt, że uzyskanie „najlepszego na rynku produktu” czy pierwszego miejsca „wśród sieci handlowych” jest dziecinnie proste.

Pamiętaj:
 

- poza rankingami, wyróżnieniami i nagrodami takimi jak na przykład EISA, TIPA, Red Dot, IF Design, IWP czy Rating Marek, w Polsce nie funkcjonują inne wysokojakościowe i rzetelne oceny produktów i firm,

- patrząc na wiele oznaczeń i piktogramów, które są umieszczane na wyrobach musisz nauczyć się oddzielać ziarna od plew. Nie wolno mylić oznaczeń obowiązkowych i technicznych z nic nie wartą marketingową papką,

- dokładny wykaz obowiązkowych jak i nieobowiązkowych znaków słowno-graficznych oraz wartościowych nagród i wyróżnień znajdziesz w zakładce „Oznaczenia i piktogramy”,

- każda redakcja, instytucja branżowa czy też grupa ekspertów ma prawo przyznawać nagrody i wyróżnienia. Za ich jakość, rzetelność i prestiż odpowiadają autorytetem jej twórcy,

- w interesie producenta, sprzedawcy jak i konsumenta jest eliminowanie komercyjno-marketingowych „chwastów”, ukrytych za parawanem „badań”, „ankiet” czy „zespołów”. Są one tworzone tylko i wyłącznie dla zysku.
 

Dwa, trzy tysiące i jesteś najlepszy!
Okazuje się, że tzw. „achy” i „ochy” do kupienia zeszmaciły się już i sięgają właśnie dna. Cieszy nas to, bo to jest właściwe miejsce na lumperjadę. Proszę wybaczyć nam te określenia, ale inaczej po prostu nie da się opisać tego zjawiska. Oto, bowiem za dany „rynsztok roku” często wystarczy już dziś zapłacić góra dwa, trzy tysiące złotych. No, oczywiście, jeśli kategoria jest kluczowa to czasem piątkę. Oczywiście kwota nigdy nie odda potęgi upokorzenia, jaka dokonuje się na marce czy produkcie (o kliencie nie wspominając). Tak jest zawsze, kiedy płaci się za jakość, popularność czy sławę. Przy okazji, każdy rozsądny człowiek wie ile jest warta, czym jest i jak kończy się przyjaźń za pieniądze. Oczywiście od czasów, w których można kupić na portalu społecznościowym 1000 przyjaciół za 100 złotych wiele oczekiwać nie należy. Ale zastanówmy się nomen omen w tym miejscu, kto czasy te tworzy? Oczywiście my. Jeśli więc nie chcesz wstydzić się za 20 lat za siebie samego, przestać kupować patologię, unikaj jej i nie tylko nie polecaj, ale wręcz zwalczaj.
Tym z Państwa, którzy nie rozumieją mechanizmów działania tego taniego festyniarstwa, jakim jest przyznawanie nagród i wyróżnień firmom i ich produktom za pieniądze należą się słowa wyjaśnienia jak w ogóle tego rodzaju dziadostwo się rodzi. A rodzi się stosunkowo banalnie i stosunkowo prosto. Oby nie powiedzieć prostacko.

Jak to się robi?
Jak wiadomo, każdy producent chce w oczach nabywcy przedstawić swój produkt z jak najlepszej strony. Dobra cena, znajomość marki czy długi okres gwarancji to dziś coraz częściej za mało. Wśród niezliczonej ilości produktów warto, by dany wyrób odróżniał się czymś jeszcze. Na przykład jakąś nagrodą. Najlepiej, jeśli byłaby to nagroda od uznanej organizacji, redakcji (o czym w następnym rozdziale) czy jakiegoś cenionego stowarzyszenia. Ale takim naprawdę najlepszym z możliwych scenariuszy jest ten, kiedy to sami użytkownicy czy konsumenci nagradzają „zaufaniem” czy innym „atutem” dany produkt. Jak Państwo widzą, musimy uważać w każdym zdaniu, żeby nie wymówić przez przypadek prawdziwej nazwy któregoś z tych komercyjnych partactw. Gdybyśmy to zrobili, zaraz w ich obronie, a także „misji”, sarmackich korzeni i przy okazji Częstochowy wysłano by do nas pisma i certyfikaty „jakości” (żenada).
W praktyce sytuację te wykorzystało paru marketingowych cwaniaków, którzy pod płaszczykiem różnych nazw, instytucji czy całych konkursów nagradzają, co popadnie i jak popadnie. Oczywiście podpierają się regulaminami, autorytetami, ankietami i Bóg wie, czym jeszcze. Wszystko to oczywiście miraż, bo wygranym może zostać tu każdy. Kwestia kwoty i jednego zwykle telefonu. A propos samego telefonu to opowiadał nam jeden z producentów, jak to zadzwoniła do niego owa „instytucja” od znaczków za kasę i mówi, że ma dla niego taki a taki „atut”, bo okazało się, że klienci wybrali właśnie jego markę w tej a nie innej kategorii. Ponieważ ów człek reprezentował markę, która w tej właśnie kategorii ma i tak największe udziały, więc zbytnio mu nie zależało na „chwale roku”. Ale, aby wyjść jakoś z sytuacji bokiem powiedział, że szkoda, bo gdyby to było w takiej a takiej kategorii, to on by to może wziął. I tu nagle wziął się i nastąpił cudowny zwrot akcji. Oto pani Przekręcka-Nagrodowska mówi nagle, tak: „wie Pan co, nie wierzę! No nie wierzę, ale tu też Państwo zajęliście pierwsze miejsce.” Tu dobry handlowiec i szef marketingu wyczuł już ogromne parcie na wynik finansowy p. Nagrodowskiej, więc postanowił się nieco pobawić i mówi, że kurczę, ale to akurat wycofujemy, ale jakby pani miała to i to to bym już wziął na pewno. I nie uwierzycie Państwo, ale pani Przekręcka znakomicie odczekała (czytaj: odegrała) interwał czasowy i nagle z mową na wydechu i emocjami rodem z przemówienia z ceremonii odebrania Oskarów, wręcz zaczęła krzyczeć do słuchawki z radości: „tak, Boże, jakie ma Pan szczęście! Jest! Tu też Państwa produkt jest na czołowych miejscach. Niesamowite! Pierwszy raz mi się zdarzyło, aby ktoś miał tak dobre wyniki.” Oczywiście wszystko to „g…” prawda, ale najzabawniejszy jest fakt, że nasz bohater podał kategorię produktową, która dopiero co wchodziła na rynek i ledwo sam producent ją znał, bo o klientach już nie mówmy. Ci nie mieli nawet o niej pojęcia. Choćby bladego…

Zamiast epilogu
Oczywiście honorowanie bezwartościowymi dla klienta znaczkami przybrało formę permanentnej jazdy bez trzymanki. I to na całego. Znakuje się marketingowo wszystko i czym się tylko da. Nieraz i po trzy, cztery „nagrody wszechświata” potrafi dostać jeden produkt. Jak daleko posunięto się w tym obłędzie niech świadczy fakt, że oznaczenia pojawiają się już na kondomach czy ogórkach kiszonych. Tak oto szczęśliwy po bzykaniu konsument dzieli się swą radością, że rzuca dziewczynę i kupla z flachą i zagrychą i leci wypełniać internetowo ankietę. Prawda, że żałośne to i śmieszne? Ale kondom to jest nic! Oto jedna z firm, która robi dobrze wszystkim oznakowała „tilapię” jako rybę najlepszą z najlepszych. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że głosowało na nią (bo musiało) ileś tysięcy świadomych konsumentów. Pomińmy fakt znajomości wśród rodaków tejże ryby (co innego takie gatunki ryb jak śledź czy wódeczka), ale tilapia?! Okazuje się, że się myliliśmy…
Oto są jednak w kraju tysiące ludzi, którzy ją wybrali. Przypomina to trochę film-pastisz o Zombie. My widzimy to tak: wstaje rano babcia z kanapy z włosami postawionymi w dęba, włącza radio wiadomo jakie i wiadomo, że na cały zycher (żeby cała parafia słyszała) i nagle…, bach! W jej oczach gości obłęd, pojawiają się znowu jej własne zęby. W kapciach i szlafroku wyskakuje z pierwszego pietra przez okno, leci do marketu w podskokach, po czym z wejścia skacze na główkę do zamrażarki z mrożonkami, wyjmuje tilapię i natychmiast dzwoni (z tabletu rzecz jasna) do ankietera krzycząc w niebogłosy: „tak, tak, tego chcę! Tego pragnę! Tilapii w cytrynie! Tak, to jest produkt wszechświata i na niego oddaję dziś swój głos!”
Jak mówią Anglicy – no coments.

Każdy chce (i musi) mieć swoje nagrody
Omówiony powyżej proceder to naszym zdaniem jedna z przykładowych patologii w obszarze marketingu – jak by to kiedyś powiedziano – handlu wewnętrznego i usług. I trzeba naprawdę z tym walczyć, bo skala problemu jest ogromna. I szkodzi nam wszystkim. Eliminacja nagród za pieniądze naszym zdaniem powinna mieć formę prawną. Póki co, daleka droga, więc weźmy się za to sami.
Ktoś z Państwa zapyta: „no dobrze, a co z nagrodami, konkursami czy rankingami popularności, które tworzą redakcje czy stowarzyszenia? Tutaj sytuacja jest nieco inna. Szanująca się redakcja z wieloletnim doświadczeniem i autorytetem ma prawo tworzyć wszelkiej maści plebiscyty. Odpowiada własną reputacją. Bardzo często są to dobre, mądre i ważne inicjatywy. Jako przykład podać można nagrody EISA czy TIPA (patrz ramka: „Oznaczenia i piktogramy”). Oczywiście nie da się w nich (i w ogóle) uciec od aspektów komercyjnych oraz faktu, że wszyscy w mediach żyjemy z reklamy i każdy produkt, każda marka o której mówimy jest naszym potencjalnym klientem. Ale jeśli zrobione jest to rzetelnie, transparentnie i z głową, naprawdę służy sprawie i ma sens.
Oczywiście wspomniana powyżej reputacja danej redakcji, stowarzyszenia czy serwisu WWW często wystawiona jest na dużą próbę. No, bo jak pogodzić interes merytoryczny z tym ekonomicznym (komercyjnym). I tak nie dziwi fakt, że w jednym z rankingów sklepów internetowych w pierwszej trójce znalazły się akurat te sklepy, które się przez rok Boży cały tam reklamowały. Cud? Przypadek? Nie. Po prostu życie. A to, że w jednym z nich nie ma kilku czołowych marek, w innym stosowane są zaś niezgodne z prawem klauzule, to już inna sprawa. Dziś jednak bez własnych nagród żadna szanująca się (reklamowo) redakcja daleko nie zajedzie…

2016-05-31
x

Kontakt z redakcją

© 2026 InfoMarket