Testy i recenzje

Testy i recenzje

Jeśli masz zamiar lub (nie daj Boże) już wybierasz produkty na bazie pseudo testów i recenzji, jakie powstały nad Wisłą to bardzo Ci współczujemy. Niestety permanentnie i modelowo jesteś nadmuchiwany w balona. Skala z jaką możesz zostać wprowadzony w błąd graniczy niekiedy z nieskończonością wszechświata. Sami „twórcy” testów, często pod egidą różnych instytucji tworzą rzeczy, które są już nie tylko megazabawne, ale idiotyczne i – uwaga! – czasem bardzo niebezpieczne. Zanim wreszcie ktoś zajmie się tego rodzaju wyczynami przekraczającymi prawa fizyki i marketingowej manipulacji przestrzegamy Cię przed apokalipsą durnoty. Nie zdajesz sobie nawet sprawy z jak wielką farsą masz do czynienia.

Pamiętaj:
 

- jedynym obowiązkowym badaniem dla urządzeń elektrycznych jest w UE i na terytorium Polski znak CE. Zastąpił on funkcjonujący dawniej ustawowo znak „B” i musi widnieć na każdym produkcie elektrycznym,

- znak „B” pozostał, ale ma on charakter badania nieobligatoryjnego – producenci mogą testować swój produkt niezależnie. Informacje o ważnych i rzetelnych badaniach i oznaczeniach znajdziesz tutaj,

- w Polsce nie funkcjonuje prawnie instytucja testu konsumenckiego. W praktyce może je więc robić każdy. Bez należnej wiedzy, kompetencji, metodologii, niezależności oraz narzędzi, norm i środowiska badawczego,

- stąd omijaj wyniki testów i dokładnie sprawdzaj pochodzenie i jakość produktu. Z braku funduszy w Polsce ich jakości niestety nikt już praktycznie nie strzeże. Stawiaj na sprawdzone marki – leksykon marek znajdziesz tutaj;

- jeśli możesz pomóż nam i razem zawalczmy o profesjonalne testy w Polsce. Takie trzeba i warto robić. Potrzeba jednak niezależnej organizacji, która na bazie norm prawnych i dotacji mogłaby objąć pieczę nad takimi testami.
 

Marketingowi kapłani i ich testy (durnoty)
Każde urządzenie przed wejściem na rynek musi zostać zbadane i otrzymać znak CE. To wymaganie ustawowe i obligatoryjne. Sprawdzić i przetestować produkt może też niezależnie od zaleceń UE we własnym zakresie producent. Wie o tym każda szanująca się marka, która wprowadza na rynek sprzęt podlegający określonym dyrektywom. Udział w rzetelnym badaniu dodaje jej i produktowi prestiżu. Gorzej, jak za działalność testową biorą się „marketingowi kapłani”, którzy wykorzystują pseudonaukę i konkludują tezy i opinie, które nie tylko są niezgodne ze stanem faktycznym, ale bardzo często są najzwyklejszą manipulacją mającą na celu uzyskanie konkretnych korzyści (zwykle materialnych). Co na to polskie prawo i aparat państwa? Nic. Nie tylko nikt tego nie kontroluje, ale nawet ostatnie pieniądze na inspekcje i sprawdzanie jakości produktów zostały odpowiednim instytucjom zabrane. Konsumenci! Chrońcie się więc i strzeżcie przed polskimi testami, które realizowane są przez wyimaginowane zespoły „badawcze”! Sprawdzajcie dobrze kto, co i jak bada, oraz na jakiej podstawie.

Testy trzeba i warto robić
Problem w tym, że należy oddzielić normy i rzetelną wiedzę i instytucje badawcze od pseudoekspertów, którzy nie tylko nie mają o nich pojęcia, ale nawet nie rozumieją co właściwie słowo test oznacza. Przypomnijmy: test to wiedza, kompetencja i metodologia. To także niezależność i idący za nią obiektywizm oraz profesjonalne narzędzia i środowisko badawcze. Testy nierzetelne i przekłamujące rzeczywistość są w praktyce dla kupujących, ale i całego rynku katastrofalne. Szukając bowiem fachowej wiedzy o produkcie, konsument znajduje oceny i opinie będące efektem wyjątkowo perfidnego marketingu. Konstytuowanie wiedzy o rynku i produktach na ich podstawie prowadzi do stereotypów i fatalnych przekonań o jakości wielu uznanych marek i wielu znakomitych produktów. Dla uczciwych firm produkujących wysokiej jakości sprzęt, trwały i bezpieczny, sytuacja ta jest nie do przyjęcia. Poważne szkody ponosi także rynek, czyli my wszyscy. Konkluzja, że wszystko się psuje i produkowane jest na góra dwa-trzy lata czy opinia, jakoby cena nie odzwierciadla już jakości, to praktyka niebywale niebezpieczna, a przede wszystkim całkowicie niezgodna z rzeczywistością. Z drugiej strony nie oznacza to, że nie mamy problemu z cenową erozją jakości i produktami o bardzo niskich walorach technicznych, które w ogóle nie powinny trafić do naszych sklepów – a uwaga! – o zgrozo, bardzo często wygrywają „polskie testy głupoty”…

Kogo warto i można naśladować?
Tymczasem dobrych przykładów w obrębie działalności testowej nie należy szukać daleko. Oto nasi zachodni sąsiedzi od lat pokazują w praktyce, jak należy zorganizować rynek badań konsumenckich. To właśnie w Niemczech dawno temu, dostrzeżono konieczność ujęcia tych kwestii w precyzyjne ramy prawne. Powołana na tamtejszym rynku Fundacja Stiftung Warentest jest dotowana przez państwo. Niezależność dają jej także odpowiednie zapisy statutowe, przewidujące zakaz przenikania się sfery biznesu oraz obszaru działań organizacji. Na zachodzie działa to doskonale, niestety w Polsce profesjonalnych testów konsumenckich się nie wykonuje. I choć za pasem mamy już rok 2014, to w odniesieniu do dojrzałych rynków zachodnich, tak pod względem mentalnym, jak i wiedzy i świadomości konsumenckiej, jesteśmy jako nabywcy kilkadziesiąt lat do tyłu. Sytuacja mniej więcej przypomina tę z lat 40-tych w USA i 50-tych w Niemczech. Potrzeba nam silnej i niezależnej organizacji konsumenckiej, która przy wsparciu odpowiednio zorganizowanych norm prawnych oraz państwowych dotacji mogłaby objąć pieczę nad testami urządzeń. Mamy dobre wzorce, jednak droga przed nami jeszcze długa i kręta. Póki co, bez wsparcia ze strony państwa testowanie produktów w sposób wiarygodny na szeroką skalę nie będzie nigdy możliwe.

Farsa po polsku, czyli pierwszy z brzegu test AGD w praktyce
Ostatni „słynny” test zmywarek przeprowadzony przez pewną „instytucję” opisało parę gazet, trąbiła nawet o tym telewizja. Klasy „B” bo „be”, ale jednak. W ten oto sposób na rynek medialny przedostała się informacja, że tylko zmywarki „A” są „najlepsze” bo mogą „więcej zmywać” niż zmywarki „B”. Mniej istotny jest fakt, że twórcy-partacze pomieszali kategorie zmywarek 45 cm z kategorią zmywarek 60 cm, gdzie pojemność wynika po prostu z wielkości fizycznej. To tylko niewinny przykład małego balonika. O zgrozo wykonała go instytucja, która chlubi się i określa najlepszym w tej materii ekspertem. Cóż więcej dodać? Nic. Po prostu k a t a s t r o f a.

Hajendowo-hajfajowe dupersznyty czyli konkluzje i gwiazdki z nieba
Kiedy w nowoczesnym świecie tworzy się profesjonalne testy i oceny eksperckie oparte na określonej metodologii, w Polsce królują rankingi oparte na gwiazdkach, konkluzjach i opiniach. Oczywiście nie ma takiej galaktyki, w której pomieściłaby się głupota gwiazdkowych ocen (zwłaszcza tych z Internetu). Kto je stawia, po co i według jakiego klucza (poza rzecz jasna komercyjnym) – tego nie sposób odgadnąć. O wiele łatwiej odnieść się do konkluzji w stylu „potężna głębia basu” czy „soczysty, niewiarygodnie ujmujący sopran”. Są też „zapiaszczone górne rejestry” (oznak Kamaza z piachem – brak). Tu nieżyjący już i nieodżałowany zarazem prof. Kopaliński, twórca wielkich słowników synonimów, miałby z czego korzystać w swoich pracach badawczych, a przy okazji uśmiałby się też do rozpuku. Twórcy „testów przymiotnikowych” (zwykle o słuchu absolutnym) przekazują bowiem spostrzeżenia odbiorcom w sposób nie tylko śmieszny, ale i całkowicie… subiektywny. Każdy słyszy bowiem inaczej, pomijając już fakt, że hi-endowe osiągi w pełni może usłyszeć co kilkusettysięczny obywatel naszej planety. Już w latach 70-tych Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) udowodniła, że pewne zakresy słyszalności są dostępne jedynie dla ułamka populacji. Ale dla czytelnika i reklamującego się producenta zrobić można i usłyszeć wszystko.

Wszyscy możemy zostać zwycięzcami (kwestia szmalu)
A skoro można tak, to czemu nie ogłaszać co miesiąc zwycięzcą testu firmy aktualnie reklamującej się?! Jedna z redakcji nawet nie kryje tego typu zabiegów socjotechnicznych. Krótko mówiąc, każdy, kto zapłaci, wygranym kiedyś będzie. Najważniejsza jest „uczciwość” no i „sprawiedliwość”. Nieco lepiej, ale nadal fatalnie jest w sytuacji, kiedy producent wysyła do testów swoje urządzenie. Problem w tym, że kryteriów oceny poza np. słowem „wieża” czy „telewizor” raczej się nie znajdzie. Nie dziwi więc fakt, że telewizor z podświetleniem LED szybko deklasuje rywala i staje się „pogromcą” w teście, w którym konkurentem okazał się dziwnym zbiegiem okoliczności model też z podświetleniem – tyle, że jarzeniowym CCFL. Sposobów manipulacji może być wiele. O tym, że prowadzą one nie tylko na skraj logicznej przepaści, ale także ocierają się o farsę, świadczą dwa znamienite przypadki – co ciekawe, sprawiedliwie rozłożone na branże RTV oraz AGD. W pierwszym przypadku w jednym z urządzeń audio wysokiej klasy odnaleziono i zdefiniowano źródło doskonałego dźwięku. Była nią wyjątkowa konstrukcja kondensatorów. Temat podchwyciły inne magazyny i lawinowo poleciały oceny „sześciogwiazdkowe” (w skali do pięciu), drukowano entuzjastyczne recenzje, rozdano nagrody. Jak się jednak potem okazało, pewnikiem była tylko szeroka kampania reklamowa urządzenia, bowiem kondensatory znalazły się w produkcie, ale dopiero za rok.

Media testują… własną głupotę i niewiedzę
Nie mniej groteskowym, choć z drugiej strony zatrważającym przykładem z sektora AGD, było wprowadzenie bardzo popularnego urządzenia do gotowania, w którym za pomocą jednego przycisku danie w mig stawało się soczyste, chrupiące i silnie asomatyczne. Ocenom, testom i rankingom też nie było końca. Urządzenie prezentowali na łamach prasowych i ekranach telewizyjnych nawet najbardziej znani kucharze, a będący pod ogromnym wrażeniem funkcji dziennikarze prześcigali się w opisywaniu zalet nowego rozwiązania, dostępnego za wciśnięciem „zaledwie jednego przycisku”. Szkopuł w tym, że na polski rynek trafiło urządzenie, które i owszem, miało guzik na pulpicie, tyle, że w polskiej wersji nigdy ów przycisk… nie był podłączony. Do historii przejdzie też jeden z redaktorów telewizyjnego programu konsumenckiego, który testował dwa produkty do golenia o różnej konstrukcji. Większość z Państwa zapewne odgadnie, jakie marki mamy na myśli. Ale nie to jest istotne. Ważny jest fakt, że jedna golarka reprezentowała system golenia tzw. folią, druga – wirującymi dyskami. O jednego i drugiego reklamodawcę dbać trzeba, więc konkluzja testu była do przewidzenia. W znacznym uproszczeniu werdykt „eksperta” rozbrzmiał równie rozbrajająco, co infantylnie – jedna golarka nadaje się do twardego zarostu, druga do miękkiego. Wilk syty i owca cała…

Co ciekawe to tylko wierzchołek góry absurdu. Jak więc powinno to wyglądać naprawdę? Kto i jak powinien to robić? Jak przy tym unikać tego typu praktyk w codziennym życiu? To wszystko możesz wiedzieć, dzięki naszemu specjalnemu raportowi, który przygotowaliśmy dla ekspertów branży oraz mediów.

2016-05-31
x

Kontakt z redakcją

© 2026 InfoMarket